P. Graczyk, Uwagi do celów i środków oceniania badań naukowych

Autonomia uniwersytetów (obejmująca wszelkie wewnętrzne regulacje a także wolność dyskusji i badań naukowych) jest tradycyjnie jednym z filarów społeczeństwa obywatelskiego w naszym kręgu cywilizacyjnym – uniwersytety są bowiem ostoją wolności słowa i wartości nieutylitarnych.
Jednak każdy uniwersytet musi być w taki czy inny sposób finansowany i w konsekwencji wpisywać się w cele, jakie mu wyznaczają fundatorzy: państwo, albo związki wyznaniowe, albo wielki kapitał („opodatkowujący” się na rzecz uniwersytetu – który jest jednym z instrumentów wpływania na społeczeństwo – w formie wysokiego czesnego płaconego przez bogatych albo fundowania stypendiów i kredytów dla biedniejszych). Tam gdzie uniwersytety są prywatne, ich celem jest reprodukcja elit finansowych i politycznych zainicjowana przez same te elity (co wiąże się też oczywiście z kooptacją zdolnych jednostek spoza elit). Tam gdzie uniwersytety są finansowane z podatków, demokratyczne państwo dbać powinno o to, aby otwierały drogę awansu społecznego dla nieuprzywilejowanych i umożliwiały rozwój tych dziedzin gospodarki i kultury, które bez wsparcia państwa nie przetrwają, a których istnienie jest korzystne z punktu widzenia sprawiedliwości i dobrobytu. Uniwersytet to inwestycja państwowa, której celem jest lepsze życie w państwie – a nie będzie ono lepsze bez uniwersytetów dostępnych dla wszystkich obywateli, biednych i bogatych, mieszających w wielkich i w małych miastach – sama bowiem obecność instytucji, w których chodzi o prawdę i swobodne jej poszukiwanie a nie o zysk wpływa korzystnie na życie społeczne.
Z tego punktu widzenia ocena badań naukowych prowadzonych na uniwersytetach jest sposobem kontrolowania przez państwo realizacji tych egalitarystycznych i uniwersalistycznych celów. Tymczasem w Polsce przybiera ona dzisiaj kształt czegoś w rodzaju biurokratycznych igrzysk sportowych zorganizowanych przez państwo, w których nagrodą za sprawność w wypełnianiu ankiet i rozwiązywaniu testów (za pomocą specyficznego, oderwanego od wszelkiej rzeczywistości żargonu) jest przetrwanie poszczególnych jednostek badawczych. To zupełne nieporozumienie. Nawet jednak gdyby odbiurokratyzować procedury oceniania, pozostaje kwestia ich celu. I tutaj pojawia się znamienny błąd – że ocena badań naukowych ma służyć odcedzeniu placówek lepszych od gorszych i nagrodzeniu finansowemu lepszych (a także „ukaraniu” gorszych, przez odcięcie ich od finansowania). Tymczasem już w Platońskim Państwie Sokrates argumentuje, że pomaganie dobrym a szkodzenie złym to marny sposób rozumienia sprawiedliwości.
Ocena osiągnięć naukowych i dydaktycznych poszczególnych pracowników i jednostek badawczych oraz całych uczelni musi zostać podporządkowana innemu celowi – powinna mianowicie sygnalizować gdzie cele wyznaczone przez państwo udaje się osiągnąć a gdzie nie – po to, aby właśnie wspierać i motywować te instytucje, które mają słabsze wyniki. Celem jest stworzenie w skali całego kraju jak największej ilości jak najlepszych uniwersytetów – uniwersytet jest bowiem instytucji służącą dobru wspólnemu, miasta w których działają uniwersytety, są lepszymi miejscami do życia, inaczej w nich się oddycha. Dobre uniwersytety to przede wszystkim takie, w których naukowcy tworzą spontanicznie wspólnoty i środowiska badawcze, budujące trwałe tradycje naukowe. Dobre uniwersytety to takie w których powstają „szkoły” naukowe, a zatem żywe społeczności wyznające pewne zasady i budujące pewne języki i tradycje naukowe (również przez dyskusje wewnętrzne i spory z innymi szkołami). Pochodnymi działania takich „szkół naukowych” – zawsze ostatecznie niesformalizowanych, to znaczy działających w oparciu o „przyjaźnie naukowe” a nie formalne zasady członkostwa – mogą być takie wspólne przedsięwzięcia jak rozmaite publikacje, czasopisma, konferencje i kongresy, które pozwalają ma komunikację międzyśrodowiskową. Na dobrym uniwersytecie takie środowiska kwitną. Na złym ich nie ma. Najlepiej żeby było ich wiele na każdej uczelni, żeby ze sobą szlachetnie i swobodnie rywalizowały, żeby nie tworzyły klik i nie wygryzały się wzajemnie (władze państwowe mogłyby tu pełnić funkcje rozjemcze).
Ocenianie badań naukowych powinno mieć zatem raczej charakter „lekarski” a nie „sportowy”: ma ono ukazywać miejsca słabe, aby można je było wspierać i leczyć, a nie wskazywać na miejsca najsilniejsze po to, aby je promować kosztem innych. Nie chodzi o centralizację odosobnionych wyczynowców-geniuszów, tylko o równe rozłożenie sił intelektualnych w kraju i podniesienie poziomu miejsc najbardziej zaniedbanych (można tu przeprowadzić analogię do rozwoju miast: nie jest dobre takie miasto, w którym kipiące od pieniędzy centrum otoczone jest dzielnicami nędzy, do których nie można się zapuszczać bez odbezpieczonych karabinów maszynowych; dobre są miasta równomiernie rozwinięte, z pięknymi, dobrze zorganizowanymi przestrzeniami i budynkami publicznymi, dobrą miejską komunikacją itd.).
Jak oceniać? Oceniać można tylko po owocach: publikacjach, czasopismach, konferencjach itd. Zasada powinna być jedna, całkowicie odmienna od obecnie obowiązującej: nie może być podziału miejsc publikacji (oraz wydarzeń naukowych) na lepsze i gorsze (listy czasopism punktowanych, wyższe ocenianie publikacji zagranicznych niż krajowych itd). Nie chodzi bowiem o to, żeby lepsi naukowcy udzielali się w miejscach uznawanych za lepsze a gorsi â w tych uznawanych za gorsze. Nie powinno nam zależeć na utrwaleniu podziałów, ale na możliwości ulepszania słabszych ogniw systemu. Oceniać zatem trzeba z osobna wszystkie publikacje i wydarzenia â w ten sposób słabsza dotąd instytucja, mająca na koncie dobre publikacje i wydarzenia automatycznie staje się lepsza.
Ta ocena powinna być zadaniem specjalnej komisji oceniającej (wzorowanej na Centralnej Komisji Stopni i Tytułów). Jej wszystkie decyzje i oceny powinny być jawne. Nie ma sposobu całkowicie bezstronnego urządzenie takich komisji, ale jawność działania (przy równie jawnej koniecznej stronniczości ocen, wynikającej z przynależności do różnych szkół i tradycji) sprzyjać będzie na dłuższą metę demokratycznemu podziałowi sił wewnątrz takich komisji.Członkowie komisji nie powinni obłudnie odwoływać się do rzekomo bezstronnych formalnych reguł ale oceniać wedle swego najgłębszego przekonania jakościowo każdą publikację i wydarzenie. Dobór członków komisji będzie miał zatem znaczenie „polityczno-naukowe”, ale lepszy spór jawnie polityczny niż chowanie go za rzekomo neutralnymi (a za to łatwiej biurokratyzowanymi) kryteriami.
© Piotr Graczyk
________________________________________
Dr Piotr Graczyk jest pracownikiem Instytutu Kultury Uniwersytetu Jagiellońskiego.